Zapiekanki – Anna Biernat, ul. Sienna 3

Pani Anna Biernat to osoba o niezwykłej energii i optymizmie. W młodości jako sześciokrotna mistrzyni Polski w koszykówce hartowała w sobie postawę aktywną i pełną ducha walki. Dziś owocuje to niezłomnością w walce o przetrwanie jej działalności gastronomicznej – najdłużej działającego w Krakowie punktu sprzedaży zapiekanek. 

Lokal przy ulicy Siennej 3 był już od czasów powojennych wynajmowany przez Anastazję Biernat , babcię przyszłego męża Pani Anny. Zajmowała się ona repasacją pończoch, szyciem kapeluszy i beretów. Później działalność rozszerzono o szycie koszul i bielizny.


Narodziny symbolu Krakowa

Około 30 lat temu na rynku nastąpiło „zawirowanie”, czego owocem była podjęta przez jej męża decyzja o zmianie charakteru działalności na małą gastronomię. Sukces święcił wówczas Pan Kowalik, który na końcu ulicy Grodzkiej jako pierwszy sprzedawał w Krakowie zapiekanki. Zapotrzebowanie było ogromne, a ludzie narzekali na wciąż mały wybór szybkiego i ciepłego jedzenia. Zainspirowało to Panią Anię do sprzedawania właśnie zapiekanek.

Otwarcie lokalu w 1980 roku było nie lada wydarzeniem. Z miejsca stał się on miejscem kultowym. Kolejki sięgały Małego Rynku a szacunki dziennej sprzedaży sięgały 1000 sztuk. Przychodzili mieszkańcy, pracownicy konsulatów, osoby pracujące w pobliżu, ale i gro turystów, dla których zapiekanki wydawały się czymś niezwykle oryginalnym. Największą grupę stanowili jednak studenci, którzy do dziś pozdrawiają Panią Anię na ulicy bądź wracają tu z sentymentem i cieszą się, że zapiekanki wciąż są w tym miejscu.

Jakość również nie zmieniła się przez te wszystkie lata. Duży piec z płytami szamotowymi nigdy nie zostanie zastąpiony mikrofalówką, pieczarki zawsze będą świeże, ser żółty zawsze będzie rodzaju „gouda”, a pieczywo wyłącznie naturalne i chrupiące. Na pytanie, czy zapiekanki z „okrąglaka” na Kazimierzu stanowią jakąkolwiek konkurencję, pani Ania odpowiada, że absolutnie nie – tam zapiekanki są rozmrażane, gumowe w smaku i dlatego tak wiele jest dodatków, które tuszują ten fakt. Nie dalej jak miesiąc temu japońska telewizja kręciła film dokumentalny o zwyczajach żywieniowych w Polsce. Ekipa trafiła początkowo na Kazimierz, ale tam sprzedawcy zapiekanek przyznali, że ich produkty są mrożone i odesłali Japończyków na ulicę Sienną do Pani Ani.


Walka o przetrwanie

Podwyżki czynszów dotknęły również to miejsce. Pani Ania nie ukrywa, że najchętniej odkupiłaby lokal. Nie rozumie polityki władz miasta wobec rzemieślników – oficjalne poparcie i wymagania odnośnie strony wizualnej ich zakładów, jest jawnie sprzeczne z poszczególnymi działaniami i ustawodawstwem. Pani Ania zwraca uwagę na sytuację, które dotykają ich pośrednio, ale bardzo boleśnie. Dla przykładu, Rynek Głównego i Mały Rynek jest przez znaczną część roku zajmowany przez stragany i „budy”, sprzedające szeroką rozumianą „cepelię” (która często nie ma nic wspólnego z rzeczywistym znaczeniem tego słowa), a towarzyszy temu zazwyczaj szereg usług gastronomicznych. Można sobie zadać pytanie, w jakiej sytuacji stawia to punkty usługowo-handlowe w centrum, opłacające regularnie wysokie czynsze i borykające się z ciągłymi wizytami sanepidu, kontroli skarbowej, a ostatnio również Straży Miejskiej, kontrolującej przestrzeganie rozporządzenia o Krakowskim Parku Kulturowym?
Podobnym ciosem jest choćby wystawianie na rynku beczkowozów z wodą pitną, co jest z jednej strony miłym gestem ze strony miasta, ale z drugiej odbiera klientów lokalnym przedsiębiorcom. Na takie tematy można by rozmawiać godzinami, a – jak stwierdza Pani Ania – niewiele możemy zrobić. Wrodzony optymizm nie pozwala jej jednak na poddawanie się czarnym myślom i dodaje, że być może to kwestia kliku lat i jeśli przetrwa ten kryzys, to doczeka „momentu opamiętania”.


„Dopóki będzie się chciało”

Od niedawna menu w punkcie na ulicy Siennej wzbogaciło się o hot-dogi i hamburgery, ale nie cieszą się one tak dużą popularnością. Wciąż przodują zapiekanki, których dziennie sprzedaje się od 50 do 100 sztuk. Pani Ania znajduje też czas na przygotowanie ogromnych słoików z kiszonymi ogórkami, a od czasu do czasu przyrządza również domowy barszcz i żurek. Domowa atmosfera lokalu i estetyka wystroju leży na sercu właścicielki. Regularnie przynosi świeże kwiaty (najchętniej słoneczniki) i snuje plany o kolejnych zmianach, które chciałaby tu jeszcze wprowadzić.

Chęć działania i udoskonalania wszystkiego wokół leży chyba w naturze Pani Ani, która nigdy nie nudzi się swoim małym interesem. Jak w mantrze przewijają się słowa: „Mi się zawsze będzie chciało”, „Kocham ten sklep”, „Kocham tu przychodzić i rozmawiać z ludźmi”. Ta atmosfera udziela się klientom, którzy lubią tu przysiąść, poplotkować, ponarzekać lub po prostu  – zatrzymać się na chwilę, przystanąć, w przyjaznym otoczeniu zjeść i popatrzeć na przechodniów.

Jadwiga Zając

Zdjęcia: Monika Chrabąszcz

Zobacz to miejsce na mapie Dobrych Cech



2 komentarze

  1. Tekst jest warty uwagi, szczególnie jeśli chodzi o te fragmenty z corocznie wystawianymi budami, przykre to jest. Świetnie i konkretnie! pozdrawiam Cechy

  2. Slawek wrote:

    Zapiekanki naprawdę były pyszne.
    Przykro mi to pisać, ale w ostatnim czasie zapiekanki się popsuły. Pani sprzedająca nie wkłada ich świeżych do pieca tylko po prostu ma je w piecu i podgrzewa. Efekt jest taki, ze bułka jest sucha i niewiele jej trzeba, by była przepalona. Szkoda.