„Witaminka” S.C. Sklep – Grażyna Cieśla, ul. Szpitalna 11

Przechodzimy, wstępujemy, kupujemy, co drugi z nas – grzecznie podziękuje, co trzeci – uprzejmie się uśmiechnie i… wychodzimy.


O istocie tego miejsca mogliśmy się przekonać dopiero początkiem 2010 roku, kiedy w wyniku gwałtowanych podwyżek czynszów, tzw. „urynkowienia czynszów”, przyszłość „Witaminki” stanęła pod znakiem zapytania. Zarząd Budynków Komunalnych Miasta Kraków zaproponował podwyżkę na poziomie 200 %. Grażyna Cieśla, właścicielka, z niedowierzaniem przyjęła tą informację i po pierwszych próbach negocjacji tej ceny poddała się i ogłosiła smutny koniec tego miejsca.

Klientela sklepu spożywczego na ul. Szpitalnej nagle przestała być anonimowa. Każdego dnia przychodzili stali bywalcy – pytali o przyczynę, wspominali historie związane z tym lokalem, a przede wszystkim – deklarowali wsparcie. Tak zrodził się pomysł Księgi. Wielu chciało się wpisać – stali klienci, sympatycy z odległych dzielnic Krakowa, spora grupa młodych ludzi… Dziś Księga spoczywa w biurze Pani Grażyny, która  z rozrzewnieniem przegląda jej strony – najbardziej docenia fakt, że to od początku była inicjatywa klientów. Z czasem zrodziła się również idea listy z podpisami, którą łatwiej przekazać do Urzędu Miasta i Zarządu Budynków Komunalnych.

W czasie negocjacji udało się osiągnąć stuprocentową podwyżkę. Wciąż była to ogromna kwota, ale Pani Grażyna podjęła to wyzwanie. Na razie się udaje, choć jak zauważa, od dawna nikt nie zarabia na tym interesie, a pracownicy również mają prawo narzekać.


Sklep spożywczy „Witaminka” na ulicy Szpitalnej 11, to prawdziwa perełka w kategorii długoletniej działalności w obrębie ścisłego centrum Krakowa. Ile to już lat?

Historycznie od zawsze znajdował się tu sklep spożywczy. Kiedy w 1928 roku ukończono budowę kamienicy miejsce na parterze zajął sklep z towarami kolonialnymi – słynął on z doskonałych słodyczy i owoców. Po wojnie, lokal przejmuje Spółdzielnia Ogrodnicza i w tych strukturach funkcjonuje aż do 1989 roku. Sytuacja bywała bardzo różna, ale sklep zawsze dbał o bogactwo asortymentu w świeże warzywa i owoce oraz o misterne eksponowanie towarów sklepowych. Dla okolicznych mieszkańców było to miejsce bardzo bliskie, pozwalało na zaopatrzenie się we wszelkie niezbędne produkty, w czasie gdy tak wiele towarów było deficytowych.

Tak właśnie wspomina Pani Grażyna swoje pierwsze lata pracy w sklepie – gdy mówiła, gdzie pracuje, z uśmiechem dopowiadano: „Toż to nie sklep, to salon spożywczy!”. Tutaj nauczyła się wszystkiego o handlu – jak zaopatrywać sklep, jak eksponować towary, jak obsługiwać klientów… Po 19 latach pracy i ustawicznej nauki zawodu, gdy nadeszły czasy prywatyzacji, udało jej się przejąć sklep.


Niczego nie zmieniała – wciąż sprzedaje się przede wszystkim owoce i warzywa, wciąż są one efektownie prezentowane, wciąż za plecami ekspedientek ciągną się rzędy półek z najróżniejszymi towarami, wciąż lada jest zarazem częścią wystawy. Na niewielkiej przestrzeni mieści się nadzwyczajna ilość towarów – oprócz sztandarowych owoców i warzyw mieniących się całą paletą barw, znajdziemy tu bogaty wybór bakalii i suszonych owoców, duży wybór słodkości z piekarni Adamek, doskonałe pieczywo z Andrychowa (sprowadzane specjalnie na prośbę klientów, narzekających na wszechobecne nadmuchane, „ulepszane” pieczywo), wszelkie niezbędne w kuchni polskiej składniki, a także coraz bogatszą ofertę dla smakoszy kuchni z innych krajów. Na pytanie, skąd taka obfitość towarów, Pani Grażyna odpowiada: „Zawsze staramy się porozmawiać z klientem i reagujemy na każdą prośbę. Kuchnia się zmieniła, jest coraz bogatsza, a my chcemy iść z duchem czasu”. Są towary zamawiane tylko i wyłącznie ze względu na stałych klientów, jak sok żurawinowy bez cukru, kwas chlebowy, podpiwek czy pesto.


Wśród pracowników „Witaminki” większość to wieloletni przyjaciele szefowej, obeznani z ciężką branżą spożywczą. Niektóre z Pań pracują tu dłużej niż sama właścicielka. Dla  Grażyny Cieśli etos pracy nie jest przeżytkiem – jako pracodawca czuje się zobowiązana do przestrzegania go i wymaga tego również od innych. Zawsze legalnie zatrudnia ekspedientki, umowa-zlecenie jest tu rzadkością, nie zwalnia też pracowników ze względu na wiek, wprost przeciwnie – ceni osoby doświadczone, równocześnie wciąż przyjmuje uczennice na praktyki. Właścicielka cieszy się doskonałą opinią, jako pedagog surowy, wymagający, ale sprawiedliwy. Dyrektorzy okolicznych szkół zawodowych i technicznych przysyłają tu na szkolenie najbardziej problematycznych uczniów.

Sklep utrzymuje się dzięki stałym klientom, ale w tym przypadku oznacza to coś zgoła nietypowego. W wyniku podwyżek czynszów i spadającego komfortu życia w centrum nastąpił gwałtowny proces wysiedlenia mieszkańców. Klientów mieszkających po sąsiedzku można zatem policzyć na palcach jednej ręki. Pociesza jednak to, że coraz więcej osób przemierzając centrum wybiera właśnie ulicę Szpitalną – mniej ruchliwą, mniej turystyczną, bardziej swojską. Wówczas wstępują i wzdychają z nostalgią widząc „normalny sklep” – bez przymusowych koszyków, ekspedientek, które tylko wykładają towar i kasują rachunki. W takiej sytuacji nawet Ci bardzo wybredni wybaczą brak klimatyzacji czy wyłącznie gotówkową formę płatności – „kiedyś tego nie było i jakoś to wszystko się kręciło”.

Gdzie jeszcze ekspedientki na tyle znają swoich klientów i ufają im, że są skłonne udzielić kredytu na chleb czy mleko? Gdzie starsza Pani może zadzwonić i powiedzieć: „Pani Grażynko, dziś nie wyjdę z domu, źle się czuje. Pośle wnuka, a Pani mu da ten chleb, który tak lubię i to masełko, co zawsze”? Nie dziwi, że sklep dwukrotnie znalazł się w czołówce ogólnopolskiego konkursu „Mój ulubiony sklep spożywczy”.

Jadwiga Zając

Zdjęcia: Monika Chrabąszcz

Zobacz to miejsce na mapie Dobrych Cech



7 komentarzy

  1. Miejmy nadzieję że tego typu sklepy znowu zaczną się pojawiać w polskiej-często dziś bezuczuciowej-przestrzeni miejskiej!! Pozdrawiam!

    • Jadwiga Zając wrote:

      To prawda. Brakuje takich żywych, kolorowych, pachnących miejsc. A do tego asortyment jest niesamowity i jakże różnorodny!!! Pan Maciej Twierdza coś chyba wie na ten temat…:)

  2. Na temat tego konkretnego sklepu to wiem akurat niewiele(oczywiście dzięki artykułowi moja wiedza się poszerzyła), ale problem oddalania się sprzedającego i klienta obejmuje cały kraj! życzliwi kontakt międzyludzki, walka z anonimowością tego nam potrzeba.

  3. FiSko wrote:

    Jak byłem dziecięciem, to ten sklep wydawał mi się oazą słodyczy i kolorów.

    • FiSko wrote:

      Zostałem pociągnięty do rozszerzenia moich skojarzeń 🙂
      Jak byłem mały i chodziłem z mamą na Rynek, to często droga wypadała nam koło „Witaminki”. Kolorowa wystawa obiecywała mi po prostu spełnienie ziemskich pragnień, a po wejściu do środka uderzała moje dziecięce oczka wielka przestrzeń, pełna mnóstwa pożądanej słodyczy. Miałem takie wrażenie, że znalazłem się w świecie baśni o Alladynie, a brało się to chyba z tego, że inne sklepy blisko mojego domu były małe, ciemne i zatłoczone. No i w nich kupowało się jedzenie, a nie cukierki. Potem „Witaminka” kurczyła się i kurczyła, ale dla mnie to zawsze będzie sklep z klasą.
      Szkoda, że nie ma już tych nasionek obok.

  4. maciejgalicja wrote:

    Fisko chyba chciałeś napisać „nieziemskich”
    pragnień, jak czytam Twoje komentarze to cały aż drżę