Pracownia Lutnicza – Jan Pawlikowski, ul. Krowoderska 39

„Drzewo, które umiera, w skrzypacach ożywa na nowo”

Praca lutnika jest ciągłym dążeniem. Historia tego zawodu sięga wieku XVI, ale w praktyce od ponad 300 lat lutnictwo opiera się na udoskonalaniu istniejących już instrumentów i metod pracy. Lutnik żyje w przeświadczeniu, że doskonałość jest dopiero przed nim. Kiedy tworzy, oddaje się całkowicie swojej pasji, nieustannie zmierzając do nieuchwytnego, nieokreślonego celu.

Pan Jan Pawlikowski niemal cała dobę poświęca pracy. Zaczyna wcześnie, kończy późno, dni tygodnia zlewają się w jedno. Jego nazwisko to już dziś marka sama w sobie. Ale droga, która poprzedziła ten sukces, była długa i przepełniona latami żmudnej nauki i praktyki w zawodzie.


Podhalańska tradycja

Serce lutnictwa biło niegdyś na Podhalu. Zresztą i dziś szacuje się, że około połowa lutników w Polsce pochodzi właśnie stamtąd. Jednak na lata 1959 – 1975 przypada okres, kiedy to w Nowym Tagu działało Technikum Budowy Instrumentów Lutniczych. Na ten moment przypadło m.in. Janowi Pawlikowskiemu zadecydować o szkole średniej. Znalazł się w gronie pierwszych absolwentów słynnego dziś technikum, równocześnie kończąc szkołę muzyczną w Krakowie.

Przez rok Pan Jan pracował jako muzyk. Jednak praca rąk przy tworzeniu instrumentów smyczkowych stanowiła pokusę, a i zapotrzebowanie na lutników było wówczas bardzo duże. Przez długie lata młody lutnik odbywał praktyki w zakładach lutniczych przy filharmonii i Narodowym Muzeum Instrumentów Muzycznych w Poznaniu. Wkrótce uzyskał stałe zatrudnienie, a jego umiejętności stały się bardzo cenione w środowisku. Lata komuny nie dawały szans na założenie własnej pracowni, dlatego lutnicy zrzeszeni w Związku Polskich Artystów Lutników pracowali przy większych instytucjach (podobnie funkcjonował Związek Plastyków i Związek Literatów).

Szkoły panicznie bały się, żebym wystawił rachunek prywatnie więc trzeba było trochę kombinować z księgowaniem wydatków, żeby wszystko szło przez Związek. Ja przez długi czas pracowałem w Filharmonii, na uczelni i w Operze, powiedzmy, że to było „półprywatnie”. Oczywiście, gdy tak sie zastanowić, to  nie starczyłoby mi doby, żeby we wszystkich tych miejscach być. Ale wszyscy byli zadowoleni.


W warsztacie mistrza

Wraz ze zmianą systemu udało się z czasem uzyskać niezależność. Pracownia przy ulicy Krowoderskiej istnieje od 1975 roku. w 2003 rok adres zmienił się nieco, gd rodzinie Pawlikowskich udało się przenieść kilka numerów bliżej centrum, pod numer 39. Trudno przeoczyć to miejsce – wejście zdobi piękna krata z motywem partytury. Znaczną część zajmuje tu sklep oferujący struny, smyczki i akcesoria do instrumentów smyczkowych, prowadzony przez żonę i córkę Pana Jana. Jednak obok lady, przez otwarte drzwi możemy zajrzeć do warsztatu, który jak przystało na miejsce pracy, pełen jest drobiazgów. Ściany obwieszone są rycinami, dyplomami, zdjęciami i kartkami z zamówieniami (czytamy: Nowosybirsk, Moskwa, Barcelona, Brazylia, Urugwaj, USA, Australia, Chiny, Ural…). Niżej na ścianie, półkach oraz długiej ladzie pod oknem mamy wybór najróżniejszych narzędzi: dłuta, noże lutnicze, ściski, strugi, cykliny… W wiekowej, ciężkiej szafie po przeciwległej stronie znajdziemy szuflady pełne małych elementów drewnianych (podstawek, kołków czy strunociągów) oraz pęki włosia końskiego wykorzystywanego do produkcji smyczków. Zewsząd otaczają nas instrumenty – skrzypce, altówki, wiolonczele, również historyczne (viola da gamba, bass de violone). Nowe, lśniące, jeszcze pachnące lakierem, ale też starsze, czekające na naprawę.


Narodziny instrumentu

Dopiero jednak wizyta w warsztacie i magazynie w Libertowie rzuca nieco więcej światła na naturę zawodu lutnika. To tu tak naprawdę rodzi się instrument – tu spoczywają pokłady drewna, kompletowane przez Pana Jana. Magazyn, który stanął obok warsztatu zapewni materii do pracy na długie lata. Również na strychu warsztatu spoczywa drewno – to najstarsze, ścięte przed 30-tu laty. I tu rzecz niezwykle znamienna. Otóż, większość tego materiału została zebrana przez Pana Jana osobiście, podczas regularnych wypraw w Bieszczady czy do Doliny Kłodzkiej (po jawor) oraz do Koniakowa czy Istebnej (po świerk). Najczęściej ktoś zaufany dzwoni do lutnika i proponuje mu swoje drzewo. Ten wyrusza w podróż, by je ocenić i jeżeli spełni wszystkie warunki (takie jak np. regularny przyrost), zapada decyzja o ścięciu. Drewno tnie się promieniście, a końce zamalowuje się wodoodporną farbą, by nie uwalniały wilgoci za szybko, powodując pęknięcia. Tak przygotowane, czeka co najmniej 8 lat sezonowania zanim zostanie wykorzystane do pracy lutniczej. Pudło rezonansowe tworzy się z obu rodzajów drewna, liściastego i iglastego. Górna płyta rzeźbiona jest ze świerku, z kolei płyta dolna, boki oraz szyjka z chwytnią – z jawora. Do wykończenia instrumentu wykorzystuje się drewno egzotyczne, najczęściej heban, ale także palisander i bukszpan. Te elementy zazwyczaj docierają do pracowni gotowe, importuje się je z Indii i Niemiec.


Drewno stanowi klucz

Dobre drzewo i umiejętne obejście się z nim w znacznej mierze gwarantuje sukces. Znajomość gatunków, wyczucie ich słabych stron i możliwości, stolarska pewność ruchów i rzeźbiarskie wyczucie – wszystko to składa się na efekt końcowy. Dodać należy trochę wiedzy chemicznej, niezbędnej przy dobieraniu farb i lakierów oraz duże pokłady cierpliwości i samozaparcia. Wiele dziedzin splata się w pracy lutnika, tak jak i liczne są błędy, które mogę sprawić, że instrument mimo największych chęci zabrzmi na koniec fałszywie.


Kolejne pokolenia

Pan Jan Pawlikowski zyskał przez lata uznanie wśród muzyków i twórców instrumentów. Jest laureatem wielu konkursów lutniczych (m.in. nagroda specjalna na Międzynarodowym Konkursie Lutniczym im. Henryka Wieniawskiego w Poznaniu w 1981 roku), do dziś jest aktywny jako juror. Dał się również poznać jako wymagający i skuteczny nauczyciel wielu młodych lutników, którzy w jego warsztacie odbywali praktyki. Wszyscy oni zdobywali liczne nagrody na konkursach lutniczych i dziś samodzielnie prowadzą swoje warsztaty. Silną grupę stanowi tu rodzina Pana Jana. W Stanach Zjednoczonych „polską szkołę lutnictwa” popularyzują brat i szwagier mistrza, własną działalność prowadzi też jego bratanica.

Wspólnie z ojcem w podkrakowskim warsztacie, pracuje młoda lutniczka, Janina Pawlikowska. Dorastając w otoczeniu instrumentów i dźwięków muzyki, przesiąkając atmosferą pracowni, w sposób naturalny wybrała szkołę muzyczną. Z czasem też zdecydowała o przyuczaniu się do zawodu lutnika. Ukończyła Katedrę Lutnictwa Artystycznego na Akademii Muzycznej w Poznaniu, a dzięki doskonałemu przygotowaniu praktycznemu odnosi liczne sukcesy zawodowe oraz zdobywa nagrody i wyróżnienia na konkursach lutniczych.

Ojciec i córka pracują niemal ramię w ramię, w ciszy i skupieniu, w atmosferze szacunku i wyrozumiałości, wspierając się wzajemnie radami. Wokół unosi się zapach drewna, lakieru i farby. To bezcenny i niezwykle wymowny widok. Tak jak niegdyś Jan Pawlikowski dyskretnie i nienachalnie zarażał swoją pasją córkę, tak i dziś ona przyprowadzając swoje dzieci do pracowni może w nich zaszczepić tą samą miłość i szacunek do lutniczej pracy. 

Maciej Schütterly 

Zdjęcia: Monika Chrabąszcz

Strona Pracowni Lutniczej Jana Pawlikowskiego
Zobacz to miejsce na mapie Dobrych Cech



2 komentarze

  1. Jadwiga Zając wrote:

    A tak na marginesie, może ktoś akurat zechce się wybrać na trwającą właśnie w Zakopanem wystawę „Lutnictwo Podhalańskie – Ciągłość Tradycji”. Polecam!
    http://www.muzeumtatrzanskie.pl/?strona,doc,pol,glowna,1373,0,1105,1,1373,ant.html

  2. chemiton wrote:

    Lubię te wszelkiego rodzaju dodatki.
    Brawo dla tego Pana ze zdjęć naprawdę kawał dobrej roboty przy takiej produkcji. Wydaję mi się, że potrzeba przy tym bardzo i bardzo dużo czasu.