Piekarnia i Wyrób Ciastek – Monika Binkowska, ul. Długa 7

Fundamentem historii tej piekarni jest ojciec Pani Moniki – Feliks Adamski. To on po wojnie nie bez trudu rozkręcił swój prywatny interes, on swoją pasją zaraził żonę, która doskonale odnalazła się w nowym miejscu pracy, on wreszcie zaszczepił w swoich dzieciach nową rodzinną tradycję – piekarstwo.

Feliks Adamski, urodzony w 1913 roku, mieszkał w podkrakowskiej wsi Ruszcza (dziś wchodzi ona w skład Nowej Huty). Różne były jego losy w dorosłym życiu. Wyjazd do Gdyni i praca w Kasynie Oficerskim Marynarki Wojennej rozpoczęły czas zbierania doświadczeń. Jako bywalec kawiarni, restauracji, bankietów i przyjęć podglądał m.in. jak schludnie i z finezją serwować dania, co w przyszłości wykorzystywał we własnej firmie. W czasie wojny był m.in. komendantem piekarń polowych. Mimo iż dotknęło go nieszczeście niewoli, i te doświadczenia nie złamały w nim ducha działania – wkrótce przystąpił do realizacji swoich marzeń.

W 1944 roku Adamski uzyskał dyplom mistrzowski jako piekarz. Wciąż jeszcze doszkalał się na praktykach u swoich mistrzów, ale coraz poważniej rozglądał się za lokalem by wreszcie założyć własny  interes. W 1946 roku otwarto piekarnię przy ulicy Kazimierza Wielkiego. Z różnych przyczyn – na poły politycznych – nie udało mu się utrzymać tego miejsca, podobnie zresztą było z kolejnym lokalem. To jednak nie zniechęciło młodego piekarza. W międzyczasie w jego życiu osobistym zaszły znaczne zmiany, które stanowiły niejako siłę napędową jego działań…


Ślub? Teraz albo nigdy

Z opowieści Pani Moniki o ojcu wyłania się obraz sympatycznego, towarzyskiego mężczyzny, o bardzo dobrym sercu. Zajęty jednak pracą i planowaniem swojego biznesu, dosyć długo  zwlekał Pan Adamski z decyzją o założeniu rodziny. Jednak ta cierpliwość się opłaciła – a i na taką historię warto było czekać. Wyobraźmy sobie bowiem sytuację:

Karnawał roku 1948, potańcówka organizowana przez środowiska cechowe. Pan Feliks Adamski (lat 35) widzi w tłumie tańczących młodą, uroczą damę. Zaintrygowany wypytuję starszych braci cechowych, cóż to za osóbka. Władysława Zaplatalska, panna przyuczana do zawodu fryzjerki, do tego stopnia zawróciła w głowie piekarzowi, że bez skrępowania podszedł i oświadczył swojej wybrance: „Chcę się z Tobą ożenić”. Nie dając się zbić z tropu dziewczyna odpowiada: „Dobrze, jeśli tylko potrafisz wszystko załatwić za trzy dni”. Trudno dziś ocenić, czy słowa te wypowiedziała dla żartu. Z pewnością jednak zaiskrzyło między parą, gdyż zgodnie z ustaleniami za kilka dni stanęli na ślubnym kobiercu! Pan Feliks miał wielu przyjaciół, również w środowiskach kościelnych, którzy chętnie pomogli mu w organizacji tego spontanicznego ożenku. Pani Władysława zaś całkiem nieświadomie, zwierzając się klientce w zakładzie fryzjerskim, znalazła sobie „ekspresową” krawcową.


Trudne dobrego początki

Piekarnia przy ulicy Długiej 7 okazała się być wreszcie tym właściwym miejscem na rozpoczęcie nowego życia. Przystosowanie starego lokalu było nie lada przedsięwzięciem – usunięto drewniane elementy zabudowy, wzmocniono konstrukcję, przebudowano stary piec dodając m.in. rurki perkinsa służące do świlowania. Z Wrocławia zwieziono nowe i używane maszyny, które do dziś można oglądać na zapleczu piekarni. Minęło kolejnych kilka lat, a udało się też odkupić pół kamienicy. Pan Adamski mógł z pełnym przekonaniem dalej walczyć o swoje – toczyć z komunistycznym fiskusem prywatną „bitwę o handel”. Stałym gościem piekarni był wówczas młody wikary z parafii św. Floriana. Karol Wojtyła codziennie rano przychodził do Feliksa Adamskiego po chleb i często zdarzało się, że to właśnie on wspierał piekarza w trudnych potyczkach z władzą, której nie w smak był sukces „prywaciarza”.

W 1958 roku oferta piekarni wzbogaciła się o  słodkie wypieki, których aromat przyciągał przechodniów z ulicy. Nocą wypiekano chleb, w ciągu dnia cukiernicy uwijali się tworząc misterne ciasteczka, chrupiące rogale, ciasta tradycyjne i bardziej wykwintne z masami i dodatkami. Prym wiodły wówczas barkieska, chleb rybka, bułeczki maślane. Trudno dziś zliczyć liczbę osób pracujących u Pana Adamskiego. Wielu uczniów właśnie tu przyuczało się do zawodu piekarza lub cukiernika. Na zapleczu piekarni, niezależnie od pory dnia panował tłok, słychać było dźwięki pracy. W tej atmosferze wychowywały się dzieci piekarza – Aleksander, Ewa i Monika. Od zawsze pomagali ojcu. Pani Monika szczególnie wspomina niedzielne i świąteczne dni, kiedy to ona stawała za ladą i pomagała w sprzedaży. To były czasy, kiedy serwowano też wodę z saturatora, a na wielkiej, gorącej maszynie przyrządzano gofrowe rurki napełniane później bitą śmietaną.


Nie tylko sprzedaż

Pani Monika związała z tym miejscem sporą część swojego życia. Pomagała od zawsze, a w 1984 roku weszła w spółkę z ojcem i można powiedzieć, że dziś to ona tworzy historię tego miejsca. Również jej synowie, gdy zajdzie taka potrzeba pomagają w pracy – nie tylko w sprzedaży, ale i w produkcji. Ich pomoc jest nieoceniona zwłaszcza po śmierci dziadków.

Klimat tego miejsca tworzą ludzie. Z jednej strony są to klienci – przychodząc po chleb i ciacho w krótkiej rozmowie potrafią zawrzeć wszystkie rozterki swojej codzienności albo wprost przeciwnie, właśnie tu mają szansę oderwać się od niej, poplotkować, pogadać o pogodzie. Z drugiej strony – załoga: ekspedientki, piekarz, cukiernik, pomocnicy. Od 47 lat pracuje tu piekarz, który zaskarbił sobie serca klientów serwując chrupiące, aromatyczne pieczywo. Po jego nocnej zmianie na stanowisku pracy stawia się Pani Marta, cukiernik. Już od 15 lat wyrabia przepyszne biszkopciki z marmoladą, bezy, makaroniki owsiane, kokosanki i ciasta, których smak uosabia atmosferę domu i  rodzinnej kuchni. Nie sposób nie wspomnieć ekspedientek, które doskonale znają upodobania stałych klientów – często da się tylko słyszeć: „Dzień Dobry! Kroimy?”, reszta jest oczywista. Tu również prym wiedzie długoletni pracownik, Pani Danusia, podpora sprzedaży i powierniczka trosk wielu klientów, w tym i takich, którzy jak ona związani są z tym miejscem od ponad 40-tu lat.


Ulica Długa nie jest dziś, zdaniem Pani Moniki, najlepszą lokalizacją. Kiedyś był to rzeczywiście trakt handlowy, pełen gwaru i rozmów. Byli też mieszkańcy, którzy całymi rodzinami przychodzili na niedzielny deser, a w tygodniu wybierali właśnie tą, najbliższą im piekarnię. Dziś, mieszkańców jest bardzo niewielu, a renoma tej ulicy jako zagłębia sukni  ślubnych, nie nakłania do żadnych innych zakupów.  Pani Monika czasem śmieje się, że to nie dziwne, że młode damy tu nie przychodzą, skoro mają się wcisnąć w sukienkę ślubną. Poza tym, w czasie ostatniego remontu ulicy, ruch spadł znacznie, a i teraz pojawił się kolejny prozaiczny problem – brak miejsca do parkowania. Można zatem liczyć przede wszystkim na okolicznych lokatorów i przechodniów. Miejmy zatem nadzieję, że zwiedzeni zapachami czy też zaintrygowani oryginalną mozaiką na elewacji, to tu znajdą swoje ulubione pieczywo, a na deser wybiorą właśnie te domowe ciasta i ciasteczka.

Jadwiga Zając

Zdjęcia: Monika Chrabąszcz

Zdjęcia archiwalne dzięki uprzejmości Pani Moniki Binkowskiej
Zobacz to miejsce na mapie Dobrych Cech



3 komentarze

  1. Filip wrote:

    Wiele by pisać o szczęśliwych chwilach, jakie następują w moim życiu za każdym razem, kiedy wyjdę stamtąd z zajączkiem w ręku.

    • Teresa 50+ wrote:

      W takiej kolejce, jak ta na czarno-białym zdjęciu stałam zawsze przed świętami po chlebuś i chałę do ryby.Specjalnie po te wypieki jeździłam tramwajem z Nowej Huty.

  2. […] Kurpiowska Serafin (regionalne pieczywo na zakwasie) oraz Piekarnia Monika Bińkowska pojawili się na targu z wszelakimi, bardzo apetycznie wyglądającymi typami pieczywa. Tym razem […]