Magiel – Urszula Szewczyk; ul. Michałowskiego 3

Inkwizytorzy są wśród nas.
Żyją w suterenach wielkich kamienic

i tylko napis MAGIEL TUTAJ zdradza ich obecność.
Stoły o napiętych brązowych mięśniach,
potężne walce, miażdżące
wolno, ale dokładnie,
koło napędowe, które nie zna litości – czekają na nas.

Prześcieradła, które wynoszą z magla, są jak puste ciała czarownic i heretyków.

Zostawmy na marginesie szczegółową interpretację wiersza Zbigniewa Herberta. Sam opis mechanizmu jest jednak uderzająco trafny. Maglownica jest bezlitosna, działa w istocie wolno, ale dokładnie. Starsze pokolenie mawiało, że tylko zmaglowane pranie jest prawdziwie czyste. Nie rozstrzygniemy tu, czy jest tak naprawdę. Możemy jednak cofnąć się w czasie i powspominać czasy, gdy magiel był powszechny. Naszym punktem wyjścia będzie jeden z ostatnich zakładów prasujących w Krakowie.

Kawiarnia pod maglem

Kiedyś w Krakowie magiel był niemal na każdym rogu. Szczególnie jednak skupiły się takie zakłady w okolicy ulicy Michałowskiego i pomimo dużej konkurencji każdy miał ręce pełne roboty. Do dziś, właśnie przy Michałowskiego 3 działa magiel prowadzony od 30 lat przez Państwa Szewczyków. Mała tablica na kamienicy, nazwa na domofonie, przejście przez zabytkowy budynek o stylowej posadzce i zdobionych schodach, wyjście na dziedziniec – w lecie zielony i kwitnący, zejście po schodach do suteren. Już wcześniej, na dziedzińcu, małe okienko z wentylatorem zwiastuje kryjący się tam zakład. Wieczorami, przy odrobinie szczęścia, można trafić na prasowanie, gdy z wnętrza bucha ciepła, świeża para.

Dawniej było w okolicy pięć magli. A i tak wszyscy ledwo wyrabialiśmy się w okresie przedświątecznym. Wstawaliśmy nawet o 5 rano, żeby zdążyć z zamówieniami. Kiedyś prasowaliśmy dla restauracji, hoteli. Było mało czasu więc przyjmowaliśmy tylko kropione pranie i klienci się do tego stosowali. Było gwarno i wesoło. Cała rodzina pomagała. A klienci przychodzili na pogaduszki – śmialiśmy się, że można by otworzyć  kawiarnię pod maglem.

Wspomnienia Pani Urszuli Szewczyk dotyczą przede wszystkim lata 80-tych, kiedy to przejęli z mężem magiel przy ulicy Michałowskiego. Po wcześniejszych właścicielach, którzy prowadzili zakład od 1968 roku, odziedziczyli starą maszynę olejową. Zapewne większość z Nas kojarzy magiel z przyjemnym zapachem krochmalu i płynu do płukania. Niestety w przypadku tej maszyny, dominująca była zawsze nieprzyjemna woń podgrzewanego oleju. Dopiero po kilku latach Państwu Szewczykom udało się kupić nową maglownicę, tym razem elektryczną.

Po dawnych właścicielach zostali również stali klienci. A o nowych nie było tak trudno. Młode, energiczne małżeństwo stało się gwarantem szybkiej obsługi i dotrzymywania terminów. Ludzie cenili sobie ich rzetelność, ale i przyjazne nastawienie, atmosferę, którą stworzyli wokół miejsca.

„W pogniecionej pościeli się nie wyśpisz!”

Niejeden słyszał te słowa od swojej babci czy mamy. Grzecznie nosiliśmy ciężkie tobołki do najbliższego magla. W każdym domu był jeden duży ręcznik czy prześcieradło przeznaczone do noszenia prania. Zawiniętą bieliznę spinało się agrafką. Zdarzały się też koszyki z dwoma uchwytami. Pranie kropiło się w domu zaraz przed zaniesieniem do magla – była to oznaka szacunku dla prasujących.

Kiedyś przywiązanie do krochmalonej i zmaglowanej bielizny nie było niczym szczególnym. Materiały były zresztą na tyle grube, że zwykłe żelazko nie miało szans wyprasować ich idealnie. Nawet guziki dostosowane były do dużego nacisku i wysokiej temperatury. Wyprawa do magla była prozaiczna i wyjątkowa zarazem – aspekt towarzyski był tu nieodzowny. Kiedy pranie wracało do domu robiło się jakoś świątecznie. Może też dlatego, że najczęściej i najwięcej maglowano w okresie świątecznym, a poza tym – w zależności od potrzeb. Przed świętami wraz ze zwykłym praniem maglowano najpiękniejsze obrusy, serwety i serwetki, bogato zdobione haftami.

Magiel vs żelazko

Młodsze pokolenie najczęściej nie przejęło po rodzicach i dziadkach przyzwyczajenia do maglowania bielizny. Materiały są na tyle cienkie, że poradzi sobie z nimi żelazko, a już w skrajnych przypadkach – pościeli nie prasuje się w ogóle. Równocześnie obowiązuje ciekawa zasada – samemu nie maglujemy, ale w domu rodzinnym właśnie w takiej pościeli śpi nam się najlepiej. Z magla nie korzysta się zazwyczaj z braku czasu, ale i niewiedzy o istniejących punktach usługowych.

Zaczęło się jednak od spadku zainteresowania klientów w latach 90-tych. Być może największym ciosem było zakładanie własnych prasowalni przez hotele i restauracje. W ten sposób mogła upaść część magli. Właściciele zamykali swoje punkty, a ich klienci – mniej przyzwyczajeni do maglowania, a bardziej może do miejsca – nie szukali nowych na własną rękę, często już nigdy nie wracali do maglowania. Trudno dziś rozstrzygnąć, co z czego wynikło.

Pani Urszula zauważa też, że wielu mieszkańców z okolicy wyprowadziło się, a tylko nieliczni dojeżdżają, by zawitać w progi jej zakładu. Tu napotykają kolejna przeszkodę – brak miejsc do parkowania. Przychodzą poddenerwowani, że źle zaparkowali, czas ich nagli i nie mają już czasu na chwilę rozmowy. Roboty jest coraz mniej. „Klientom już nie chce się kropić prania więc sami pryskamy. Zresztą, teraz to jest nawet konieczne, bo włączamy maszynę tylko dwa razy w tygodniu” – mówi Pani Urszula.

Kiedyś pracowali z mężem od rana do wieczora. Dziś pomaga jej tylko przy maglowaniu. To zdecydowanie praca dla dwojga. Państwo Szewczykowie doskonale się rozumieją po tylu latach pracy ramię w ramię. Ich ruchy są zgrane i płynne, a dla nich samych bardzo przewidywalne. Znają doskonale swoich klientów, nadają im czasem pseudonimy, potrafią nawet rozpoznać ich po praniu! Dziś przychodzą na Michałowskiego oddani klienci sprzed lat – do nich często Pani Urszula wychodzi przez dziedziniec i odbiera pranie przed kamienicą, oszczędzając im wchodzenia po schodach. Z drugiej strony przychodzą ludzie zamożni, z krakowskich rodzin o długich tradycjach, dla których stare nawyki są warte kontynuowania. Wśród nich spotkamy lekarzy, prawników, profesorów akademickich.

Trudno byłoby mi się pogodzić, gdyby trzeba było zamknąć, ale obawiam się, że w rodzinie nie będzie spadkobierców – mówi Pani Urszula. Dziś z prowadzeniu magla nie da się utrzymać całej rodziny. Zakład przy Michałowskiego działa od jakiegoś czasu bardziej z przyzwyczajenia i lojalności wobec klientów, niż dla samych zysków. Jego przyszłość jest póki co bezpieczna, ale tylko w rękach obecnych właścicieli.

Jadwiga Zając

Zdjęcia: Monika Chrabąszcz



4 komentarze

  1. Świetny artykuł! Fajnie wyglądają Ci państwo!!

  2. asia wrote:

    Chyba nie ma magla na mapie 🙂 Czyżby dlatego że nikt nie korzysta ??

    • Jadwiga Zając wrote:

      Niestety nasza mapa nie sięga tak daleko. Pracujemy nad całkiem nową mapą – wszystko w swoim czasie:) Myślę, że jeśli ktoś potrzebuje, to znajdzie ten adres.
      A co do tego, czy nikt nie korzysta – myślę, że w tekście jest odpowiedź: klienci są, ale właściwie Ci sami od wielu lat…

      • Zbigniew wrote:

        Witam. Kiedyś bywałem u P. Szewczyków w zakładzie,. Przeprowadzając się w inne miejsce w Krakowie zapomniałem po prostu , że jak wszystko co dobre już nie istnieje. Miło mi usłyszeć, że zakład jeszcze trzyma się na rynku w tych czasach. Aż łezka sie w oku kręci, kiedy ja tam ostatni raz byłem…
        Polecam z czystym sumieniem .