Kierunek: Warszawa

Wszyscy wokół mówią nam, że inne miasta też mają Dobre Cechy! Nigdy w to nie wątpiliśmy:) Wrocław się dopomina, Warszawa się uprasza… Już nie wspomnę o mniejszych miastach, miasteczkach, a nawet wsiach, gdzie historie małych zakładów i sklepików nabierają dodatkowego wymiaru  pewnej jedności z całym bagażem dziejowym miejsca i ludzi je zamieszkujących. Wiemy, że Dobre Cechy są wszędzie – i to nas niezwykle cieszy. Dlatego dzisiejszy wpis niech stanowi pewnego rodzaju inaugurację nowego działu, który będzie może i skromny, może i nieregularny, ale miejmy nadzieję da nam szansę urozmaicenia naszych treści. Mam nadzieję, że nasi zamiastowi korespondenci nas nie zawiodą i włączą się w nasze prace. 


Do ostatniej wizyty w Warszawie podeszłam zatem na poły zawodowo. Spacerując ulicami, które teoretycznie nie były mi obce, odkrywałam szyldy i witryny, których wcześniej nigdy nie dostrzegałam. Krawiec, szewc, szklarz, kuśnierz… Całkiem sporo takich zakładów. Co znamienne, bardzo wiele z nich  działa w nowych budynkach. Z góry zastrzegam, że moje osobiste poczucie Warszawskiego centrum niestety szwankuje i nie mam wyrobionego zdania, gdzież ono w istocie jest, dlatego z ogromną dozą niepewności twierdzę, że sporo takich miejsc jest w ogóle – nie wypowiadam się na temat okolic Starówki (nie dotarłam). Udało mi się zrobić kilka ciekawych zdjęć aparatem analogowym, więc wkrótcę dorzucę tu dodatkową galerię.*

A póki co zdjęcia miejsca niezwykłego, które odkryłam całkiem przypadkowo. „Mielczarek – Kulak. Artystyczna Pracownia Wyrobów Oświetleniowych” ma tak bogatą i charakterystyczną witrynę, że nie sposób jej pominąć. Historia tej rodzinnej firmy sięga roku 1941 i nieprzerwanie do dziś można podziwiać jak z pokolenia na pokolenia rozwija się i utrzymuje swoją renomę. Nie udało nam się wejść do środka (sobota), jednak to miejsce jeszcze do nas powróci jako że na tropie poszukiwań książkowych, dotarliśmy do niezwykle ciekawych pozycji, z których jedna opisuje właśnie to miejsce.

Ale po kolei. Inny spacer w kierunku Łazienek zaprowadził nas na ulicę Gagarina, gdzie najpierw zaintrygowały mnie piękne drewniane zabawki w witrynie sklepu Drewniane Conieco, a dopiero po chwili zorientowałam się, że wśród samochodzików, lalek, wózków i klocków, stoi też kilka książek. I to nie byle jakich, bo jedną z nich był „Chleb po warszawsku” Magdaleny Stopy. Książka ma tak piękną i zachęcającą okładkę, że po prostu musieliśmy wejść do sklepu. 3 minuty przeglądania książki, by utwierdzić się w przekonaniu, że ją kupię (w najbliższej przyszłości) i 13 minut zabawy „drewniakami”. Piękna sprawa. Nazwisko autorki tej książki wydawało mi się dziwnie znajome i w toku internetowych poszukiwań dowiadujemy się co następuje:


Magdalena Stopa jest historykiem sztuki i dziennikarką, autorką książek o Warszawie i jej mieszkańcach. I właśnie jej ostatnie książki trafiły w moje ręce kilka dni temu. Trzytomowe wydawnictwo „Ostańce. Kamienice warszawskie i ich mieszkańcy” jest materiałem niezwykłym, wciąga i intryguje. Historia warszawskiej architektury przeplata się tu z losami ludzi. „Kanwą książki stały się opowieści mieszkańców kamienic, których własna biografia ściśle splotła się z losami domów. Ilustrują je fotografie wykonane przez Jana Brykczyńskiego. Są wśród nich portrety rozmówców oraz zdjęcia kamienic, a zwłaszcza ich architektonicznych detali: stiuków, balkonów, kafli, fresków.” Na podstawie książki realizowany jest film dokumentalny (zobacz materiał telewizyjny o tym filmie).

Jak się okazuje Magdalena Stopa napisała też kilka innych bardzo ciekawych pozycji w dziedzinie varsavianów. Tak więc „Chleb po warszawsku”, w którym opisano kilkanaście warszawskich piekarni: „Wszystkie są firmami rodzinnymi, o tradycjach rzemieślniczych, zrzeszonymi w cechu. Wiele z nich ma za sobą nie tylko zmagania z komunizmem, ale też doświadczenie wojny. W najstarszej pracuje już piąte pokolenie, a ścianę zdobi dyplom mistrzowski pamiętający czasy caratu.” Materiał archiwalny wzbogacono świetnymi zdjęciami współczesnymi autorstwa Federica Caponiego. Piekarze prezentują się na nich w jedyny słuszny sposób – szczery i bezpośredni, nawet wtedy, gdy pozują. A samo pieczywo… Doprawdy, słuszne są teorie o owocu zakazanym, a ja jestem flagowym ich przykładem…

Niejako uzupełnieniem tej książki jest kieszonkowy przewodnik „Słodka Warszawa”. Zaprezentowano tu ponad 30 warszawskich kawiarni i cukierni: „Niektóre z nich mają długą historię, sięgającą XIX wieku, inne krótszą, a niektóre są zupełnie nowe. We wszystkich jednak tętni życie i to nie tylko za sprawą doskonałych wypieków i kawy, ale przede wszystkim wystaw, filmów, koncertów”. Nie dotarłam do niej jeszcze, ale również zapowiada się interesująco (do wszystkich omawianych książek można „zajrzeć” poprzez stronę autorki).

Ku mojemu zaskoczeniu na stronie autorki widzę również książkę „Rzemieślnicy Warszawscy”. Już sam tytuł zobowiązuje do zaprezentowania jej Wam w ramach naszych Rekomendacji, co postaram się uczynić (jest dosyć trudno dostępna).

Na stronie czytamy: „Książka poświęcona jest 14 warszawskim pracowniom rzemieślniczym. Mają zaskakująco długą historię. Połowa z nich powstała jeszcze w czasach zaborów, część korzeniami sięga połowy XIX wieku. Te zakątki dawnego klimatu, często mało znane nawet mieszkańcom miasta, to w większości firmy rodzinne, w których zawód przekazywany jest z pokolenia na pokolenie. Są żywymi śladami przeszłości, które zdawałoby się nie mają prawa istnieć w zburzonej w czasie wojny a potem przeoranej przez komunistyczne półwiecze Warszawie. A jednak do dziś, w ocalonych starych kamienicach Śródmieścia i Pragi, powstają ręcznie wyrabiane buty, gorsety, gipsowe stiuki, mosiężne lampy czy intarsjowane meble. Rzemieślnicze pracownie trwają na przekór i wbrew wszystkiemu, niczym ślady dawno zapomnianej cywilizacji. To świat pełen tajemniczych przedmiotów, dziwnych zapachów, dokumentów i zdjęć nierzadko pamiętających dziewiętnasty wiek.”

A z okładki spoglądają na nas rzemieślnicy z pracowni wyrobów oświetleniowych Mielczarek – Kulak! I tu koło naszej opowieści się domyka. Na koniec podróży książkowych w towarzystwie Magdaleny Stopy dziękujemy jej za mądre teksty i niesztapmowe ujęcie tematów, dbałość o piękną formę publikacji (niechętnie stwierdzam, że niewiele takich wydawnictw o Krakowie – o miłych wyjątkach, jak „Ostatni Mohikanie”, staram się pisać) oraz fantastyczne zdjęcia, które każdorazowo wykonuje inny, równie dobry fotograf.


Jako że wizyta w stolicy zbiegła się z premierą drugiego numeru Zwykłego Życia, postanowiliśmy wybrać się na oficjalną imprezę i zakupić magazyn z pierwszej ręki. Fajnie i miło (darmowym poczęstunkiem nietrudno zaskarbić sobie naszą sympatię:)), ale zabrakło mi czegoś co łączyłoby to wydarzenie z samym magazynem i jego treścią. Może jakaś rozmowa o nowym numerze, jakaś jego prezentacja, jakiś pokaz slajdów w tle, może projekcja filmowa? Może mam jakieś staromodne wyobrażenie o tego typu wydarzeniach, może tak właśnie mialo być – na luzie i bez „oficjalnych części programu”. Nie wiem. Jest jeszcze jedna możliwość – cała merytoryczna treść spotkania miała miejsce w przeciągu pierwszych 10 minut, na które się spóźniłam. Jeśli tak było – kajam się po stokroć. Jeśli nie – obstaję przy swoim, czegoś mi tam zabrakło.

Najważniejsze, że magazyn zdobyty, recenzja wkrótce. Interesująca rzecz ma miejsce w tym numerze i nie wiemy jeszcze, co o tym myśleć. Otóż jeden z artykułów (a właściwie fotoreportaży) nosi tytuł „Dobre cechy”. Niby zbitka słowna, jak każda inna, a jakoś nam to spokoju nie daje, zwłaszcza, że zdjęcia i słowo komenatrza do nich bardzo jasno dowodzą, że rzecz dotyczy dokładnie takich miejsc, o których u nas mowa. Ale już tak w całościowym kontekście, ZŻ traktuje o bardzo podobny sprawach, co i my tutaj, więc ktoś mógł wpaść na podobny koncept. No i tak sobie rozmyślam nad tym, bez końca. Czekajcie na recenzję – zdradzę, że będzie bardzo pochlebna:) Do tego czasu, numer powinien pojawić się już w Księgarni Pod Globusem. Książkowe łowy oczywiście nie zakończyły się tak łatwo i szybko, jak byśmy tego chcieli. Skusiła nas jeszcze m.in. „Księga chleba” – ciekawa, ładna i tania zarazem (dorwałam ją za 12 zł, zamiast 45!).

Jadwiga Zając

* Jednak nie do końca dogadałam się z aparatem i wyszło zaledwie kilka zdjęć – niestety żadne nie przedstawia zakładów rzemieślniczych. Może następnym razem. Dorzucam jednak to, co wyszło.